5 września 2015

#10 When a dream comes true! Pół roku nauki norweskiego.

Witajcie wszyscy. Dzisiejszy post będzie wyjątkowy i bardzo wylewny. Od wakacji nie odzywałem się, wybaczcie za to, ale sami rozumiecie - wyjazd do Norwegii w połowie sierpnia uniemożliwił mi pisanie postów. W tym wpisie chciałbym po pierwsze opowiedzieć Wam, jak wyglądał mój wyjazd do Kraju Fiordów, a także przedstawić Wam moją półroczną przygodę z nauką języka norweskiego. Tego dnia zbiegają się dwie duże "rocznice", więc czas świętować :3

Równe pół roku nauki norweskiego. Myślę, że to zdanie mówi już samo za siebie. Za datę poważnego rozpoczęcia nauki tego języka przyjmuję pierwszy językowy post na blogu, który pojawił się 04.03.15 roku. Wcześniejsze przymiarki do wystartowania z norweskim uznaję za przygotowania, zaś równo sześć miesięcy temu uświadomiłem sobie, że jest to przygoda, którą naprawdę chciałbym odbyć i pozostało tak do teraz. Co się zmieniło przez ostatnie kilka miesięcy, czy jestem zadowolony z poziomu, jaki osiągnąłem?

Od samego początku uczyłem się zupełnie sam. Norweski nie jest językiem popularnym i już na wstępie było mi dość ciężko. Jest to jednak język wyjątkowy, bardzo mnie on zafascynował i nie poddawałem się, mimo małej dostępności materiałów. Cieszę się i doceniam to, że wtedy nieustannie parłem do przodu, gdyż teraz widzę tego rezultaty.

Fiszki słownictwo język norweski Cztery Głowy zestaw A1 Harry Potter og de vises stein norsk
Po tych sześciu miesiącach nauki norweskiego jestem w stanie z pewnością siebie stwierdzić, że znam ten język lepiej, niż niemiecki, którego nauka wkracza teraz w piąty rok szkolny. Nigdy nie miałem dużych problemów z mówieniem w językach obcych, tak samo teraz potrafię wyrazić prostszymi zdaniami i słowami to, co chcę, a gdy brakuje mi słowa, zawsze je sprawdzam. Podobnie zresztą z pisaniem - zapisałem kilka stron A4 pamiętnika po norwesku z wyjazdu do Kraju Wikingów. W Norwegii zakupiłem Harry'ego Pottera oraz gazetkę w stylu "Świat wiedzy" i muszę z zaskoczeniem stwierdzić, że da się czytać. Nie będę kłamać, że jestem w stanie wziąć książkę i swobodnie sobie poczytać. Pewnie, że nie. Ale ze słownikiem staje się to jak najbardziej możliwe. Ponadto, nikt nie powiedział, że chcę skończyć tę książkę szybko. Najgorzej jest niestety ze słuchaniem, ponieważ nie mam praktycznie żadnego sposobu na trenowanie tej umiejętności, a o problemach komunikacyjnych w Norwegii jeszcze wam opowiem... Tam to dopiero jest masakra. Dlatego też nie zrażam się i spróbuję coś wymyślić.

Jestem cholernie pozytywnie nastawiony do tego języka. Rezultat nauki z pasji jest niesamowity i jestem zadowolony. Nie wyobrażam sobie nawet jak długa droga jeszcze przede mną i jak wiele słów muszę jeszcze poznać, ale tak naprawdę to tylko kwestia czasu. Jestem niesamowicie ciekaw jak będzie się prezentować mój poziom za kolejne pół roku :)

Jubileuszowy 10. post Czasu na Fiszki. Współpraca z Czterema Głowami była kolejnym dużym przełomem na mojej drodze ku lepszej znajomości norweskiego. Napisałem do wydawnictwa z nadzieją otrzymania małego zestawu "starter", a w odpowiedzi zostałem zaproszony do przystąpienia do projektu, w ramach którego otrzymałem cały ogromny zestaw aż do poziomu A2. Czułem się tym nieco przytłoczony, ale nauka tylu słówek zabiera miesiące, jeśli nie lata, więc nie czułem żadnej większej presji (chyba, że ze swojej strony, bo jestem niecierpliwy i nie lubię, gdy robię coś zbyt długo). Starter ukończyłem naprawdę szybko, przede wszystkim dzięki temu, że miałem już pewną bazę słów, która się tam powtórzyła. Z poziomem A1 jest gorzej ale to nie dziwne. Jest tam wyrazów o wiele, wiele więcej, są one znacznie trudniejsze, a tematyka jest niesamowicie zróżnicowana.

Niestety mój plan legł w gruzach z jednego, prostego powodu. WizzAir. Żeby zamknąć się w przyzwoitych kosztach nie wziąłem żadnego dodatkowego bagażu, oprócz najmniejszego podręcznego. Mój plecak dosłownie pękał w szwach (był dość mały a rzeczy się uzbierało) i dosłownie nic więcej by tam nie weszło, dlatego też nie mogłem wziąć ze sobą fiszek, na które prawdopodobnie znalazłbym czas na miejscu. Dlatego też ugrzęzłem przy około sześćsetnej fiszce i dalej się nie ruszyłem. Rozpoczął się nowy rok szkolny, dlatego nauka znów będzie szła nieco wolnej, ale zestaw A1 nieubłaganie zbliża się do swojego końca i na pewno zima nie nastanie, jak odpakuję zestaw A2. Dodam jeszcze, że, oprócz słów z fiszek, dużo w wakacje uczyłem się z artykułów, czy - w Norwegii - z telewizji, więc to nie jest tak, że nie robiłem nic. Teraz także tamte słówka wymagają powtarzania, dlatego muszę zwolnić, żeby wszystko mi z głowy nie wyfrunęło.

Wyjazd do Norwegii. Obiecywany i tak długo wyczekiwany. Udał się. Wszystko co zaplanowałem zadziałało. Trafiłem na niesamowitą anomalię pogodową, która zagwarantowała mi naprawdę cudowną pogodę przez półtora tygodnia. Sami Norwedzy mówili, że takiej pogody w sierpniu nie pamiętają (przynajmniej w regionie, w którym byłem). Jak szczęście ma ci dopisać, to dopisze gdziekolwiek będziesz :) To było mi chyba predestynowane. Nie będę się za dużo rozwodzić. Widoki są zapierające dech w piersiach. Cudowne, niesamowite i bajeczne. Zdjęcia zdjęciami, ale zobaczyć to na własne oczy to zupełnie inna historia. Jestem naprawdę zachwycony. Podobnie z architekturą. Znacznie różni się ona od tego co znamy i ma ona swój magiczny urok. Piękne, drewniane domki, duże, często łączące rozwiązania klasyczne z nowoczesnymi. Brak okropnej żółci, w jakiej lubują się malarze domów w Polsce. Budyneczki te były często białe, co było naprawdę miłe dla oka. Zaskoczę Was jednak - widzieliście czarny dom? W Polsce, gdzie budynki są ciężkie i przysadziste, taki kolor byłby nieuzasadniony. Tam jednak wyglądało to świetnie... Trawa na dachu? Czemu nie?


Pochwaliłem, powzdychałem, ale wcale nie jest tak, że kraj ten jest bez wad. Mieszkając niejako wśród osób, które na co dzień zmagają się z trudami życia w innym państwie, miałem okazję spojrzeć na kraj nie tylko z punktu widzenia turysty, ale także imigranta czy nawet zwyczajnego obywatela. Generalnie koszty życia są horrendalne, ale przy zarobkach i tak stosunek ten jest korzystniejszy dla Norwegów niż Polaków (chociaż butelka wody za 15 zł mnie zabolała ;_;). Zaskoczyło mnie to, że nie ma tam małych sklepików, typu Żabka, gdzie wchodzi się po kilka rzeczy i zaraz wychodzi. Są jedynie markety. I to nie sto milionów rodzajów, z czego dziewięćdziesiąt dziewięć milionów zagraniczne. Są tam może trzy, cztery sieci i to wszystko. I szukaj półlitrowej wody w sklepie wielkości Lidla. Druga rzecz to naprawdę mały wybór produktów. Gdy idziemy w Polsce na dział z napojami przed nami piętrzy się 20 rodzajów wód, 10 podrób coli i 50 rodzajów soków. Tam do wyboru jest tylko Cola, Pepsi, jedna firma z wodą (oczywiście różne smaki) i kilka soków. Mówię to rzecz jasna z perspektywy miejsca, w którym mieszkałem. W innej części kraju może być inaczej. Innymi słowy nie ma tańszych podróbek, a po drugie Norwedzy bardzo stawiają na swoje rodzime produkty, może to i lepiej?

Kolejna rzecz, która jest jednocześnie plusem i minusem to to, że wszystko zamyka się bardzo szybko, a w niedziele ze świecą szukać czegokolwiek, co byłoby otwarte... Już o osiemnastej w dni robocze większość sklepów jest zamykana na kłódkę, w Polsce zaś wszystko hula czasem nawet do 24. Z perspektywy konsumentów krótkie godziny otwarcia to piekło, ale z drugiej strony każdy ma prawo do odpoczynku i to cudowne, że nie trzeba tam harować od rana do nocy, żeby mieć na chleb. Każdy uczciwie popracuje swoje osiem godzin a potem wróci do rodziny. Zaskoczyła mnie jednak kwestia alkoholu. 21 lat? Najniższa granica wieku? Serio? Ponadto zapomnijcie o półkach, z których alkohol wręcz się wylewa. W Biedronce znajdziecie sto milionów rodzajów wódek i win, tam jedynie kilka piw, czy słabszych alkoholi, a żeby zdobyć mocniejsze trzeba się nieźle pofatygować. Rygor jest na tyle duży, że kilka lat temu mojej cioci, która wówczas miała 27 lat, sprawdzali dowód osobisty. Jest też znacznie mniej klubów czy miejsc do zabawy. Bardzo spokojny kraj, w którym dostęp do używek jest utrudniony.

Językowo w Norwegii. Setki dialektów, dwa standardy języka norweskiego, izolacje wysp, które po latach dopiero zostały połączone drogą lub promem. Uwierzcie mi, że nie przekłada się to na dobrą komunikację werbalną w kraju. Byłem w dość trudnym pod tym względem regionie, ponieważ nie dość, że głównie używa się tam nynorska (uczę się bokmala), to na dodatek występują tam dialekty czasem tak chore, że głowa mała. Nawet znaki na ulicy miały inną pisownię, nierzadko dla mnie komiczną lub straszną. W pracy wujka-polaka Norwedzy często mu mówią, że nie rozumieją kolegi z wyspy obok, a jego szef powiedział mu raz wprost, że lepiej mu się rozmawia po angielsku z Polakiem niż po norwesku z Norwegiem ze wsi kilkanaście kilometrów dalej. Szok, niedowierzanie? Niestety... Ja, jako świeżo upieczony uczeń, byłem przerażony i spowodowało to, że odzywałem się mniej, niż chciałem. Dopiero pod koniec wyjazdu byłem w stanie ogarnąć, czego chcą ode mnie w sklepie bez użycia angielskiego. Samemu potrafiłem powiedzieć dużo, zrozumieć - znikomą część. Jeśli zaś chodzi o różnego rodzaju napisy, billboardy, napisy w telewizji na pasku newsów itp. było nieźle i tutaj muszę przyznać, że nie jestem sobą zawiedziony. Dużo pracy przede mną, ale zaskakująco dużo potrafiłem zrozumieć.

Czas wrócić do rzeczywistości. Niestety wakacje się skończyły, a powrót do szkoły jest dla mnie bardzo bolesny. Druga klasa liceum to ciężki orzech do zgryzienia i jestem pewien, że nie będzie łatwo. Obym się na jakiś rozszerzony przedmiot nie naciął. Boję się, że w gąszczu polskiego, matematyki, fizyki, angielskiego, wosu i ekonomii po angielsku zabraknie miejsca dla tego, co lubię - języków. Dla książek miejsca brakuje już od dawna, a nawet gdy czas teoretycznie jest, ja nie mam energii na cokolwiek i marzę tylko o łóżku. Przykre. Otrzymałem jednak niedawno nową książkę do recenzji, dzisiaj się za nią zabieram, dlatego już wkrótce pojawi się wpis literacki :) Wracamy także do starej normy, czyli już za dwa tygodnie nowy, jedenasty post z cyklu Czas na fiszki. A teraz - sobotnia laba. Pozdrawiam c:

Posty o języku norweskim na Extinct Dreams

Udostępnij:

2 komentarze:

  1. Gratuluję samozaparcia w nauce języka. To prawdziwa sztuka, zwłaszcza gdy wszystko ogarnia się samemu.
    Okładka norweskiego Harrego jest cudowna :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Zazdroszczę ci tej wytrawołści w nauce. Ja strasznie chciałabym nauczyć się Hiszpańskiego, ale zacznę chyba po maturze ;D

    OdpowiedzUsuń

Bardzo zależy mi na Waszej opinii, dlatego dziękuję za każdy komentarz!