Pokazywanie postów oznaczonych etykietą James Dashner. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą James Dashner. Pokaż wszystkie posty

03 maja 2014

"Lek na śmierć" James Dashner. Jakim jestem czytelnikiem?

Thomas budzi się w białym pokoju. Ostatni telepatyczny sygnał od przyjaciół jaki otrzymał, to dość zdradzieckie zdanie "DRESZCZ jest dobry". Co to ma znaczyć? Jak się okazuje, historia wkracza na zupełnie nowy poziom. Pożoga dosięga wszystkich na świecie i nawet największe metropolie są zagrożone. Czy cywilizacja przetrwa ten ciężki okres próby?

"Lek na śmierć" to trzecia część trylogii "Więzień Labiryntu" amerykańskiego autora Jamesa Dashnera. Na premierę książki czekałem niezmiernie długo. Druga część poraziła mnie elektryzującą akcją, rosnącym napięciem i wieloma tajemnicami, które swoje rozwiązanie miały znaleźć z zwieńczeniu serii. Gdy tylko otworzyłem trzeci tom trylogii, znów zagłębiłem się w antyutopijny świat wykreowany przez autora, którego dotąd podziwiałem. Z każdą kolejną stroną jednak czułem się coraz bardziej zawiedziony...

Muszę przyznać, że pomysł na całą serię jest niesamowity. Pierwsze dwie części były niezwykłe, przepełnione sekretami, które wołały, aby je odkryć. W trzeciej części karty zostały niejako odsłonięte i czar po prostu prysnął. Mimo to nie mogę zaprzeczyć, że zabrakło mi dynamicznej akcji. Jak najbardziej, kolejne zdarzenia następowały po sobie niezwykle szybko, ale w ogólnym rozrachunku zauważyłem, że nie prowadziły one do niczego. Czuję się tak, jakby autor w połowie książki porzucił wszystkie wątki a zauważył to dopiero na sam koniec książki, kiedy wszystko było już napisane. Stąd też i zakończenie jest bardzo niejednoznaczne, otwarte i dające pole do kontynuowania serii (a nie wiem, czy autor to planuje). Innymi słowy, mimo, że książkę czytało mi się dobrze, zmieniła się ona w powieść akcji z elementami poznawczymi świata przedstawionego, a akcja ta praktycznie niczego do historii nie wnosiła. Jestem tym niezmiernie nieusatysfakcjonowany, gdyż liczyłem na poznanie kolejnych mrocznych tajemnic tej opowieści, a otrzymałem najwyżej skrawki...

Mimo, że bardzo polubiłem bohaterów "Więźnia Labiryntu", w tym tomie ich zachowanie zaczęło mnie raczej irytować. Gdy otrzymali ofertę odzyskania tego, co utracili, bez czegokolwiek w zamian, liczyłem że postąpią roztropnie, jednocześnie dając szansę mi - czytelnikowi - na poznanie epizodów sprzed prób. Niestety, kreacje zdecydowały trwać dla zasady, bez uzasadnienia przy swoich niejasnych postanowieniach. Mogli rozegrać to w nieco inny, dojrzalszy sposób, i tak wychodząc na swoim, ale zachowywali się raczej jak banda rozwydrzonych dzieciaków. Na szczęście później było już lepiej, choć niezwykle zdenerwował mnie tym razem Newt. Kompletnie nie pojęte jest dla mnie jego zachowanie. Nie będę się starać go zrozumieć... Poza tym, tajemnicza kartka, która przez pół książki stanowiła chyba największy sekret, okazała się być... czymś prozaicznym i niewartym uwagi. A snułem tak wiele domysłów z nią związanych.

Jednym z moich ulubionych bohaterów "Leku na śmierć" jest Teresa. Była to osoba rozważna, nareszcie nie ograniczona przez pustą niechęć i nienawiść, myśląca racjonalnie, ale także troskliwa i przyjacielska (choć te dwie ostatnie cechy dobrze maskowała). Nie wierzę, że Thomas traktował ją tak źle przez praktycznie całą książkę, a na koniec... było już trochę za późno. Oprócz Teresy, zainteresowała mnie również postać Gally'ego, choć autor szczędził nam jednak scen z jego udziałem, przez co nie za wiele dowiedziałem się o jego przemianie oraz poczynaniach po pierwszej próbie.

Trylogia "Więzień Labiryntu" znana jest ze swojego ciekawego języka. Slang, jaki stworzyli Streferzy, jest oryginalny i niepowtarzalny. Miałem jednak wrażenie, że udzielił się on samemu autorowi. Opisywał on zdarzenia czy też miejsca w sposób prosty, językiem zbyt mało zróżnicowanym, przez co nie zaintrygował mnie niczym. Świat po zagładzie biologicznej to coś, czego opisy chłonąłbym godzinami, a prawdę mówiąc opisów było niezmiernie mało, lub były one skąpe. Opisy akcji, choć dynamiczne, również niespecjalnie mnie porwały. Choć w trakcie czytania książki nie zauważyłem tego, to z perspektywy czasu mam wrażenie, że lektura została napisana po prostu słabo (a przynajmniej słabiej niż poprzednie tomy, chyba, że wtedy nie zwróciłem na to uwagi). Podkreślam jednak, że tragedii nie ma, ale nie oczekujmy lepszego poznania świata przedstawionego, czy wykwintnych opisów walki lub ucieczki, bo tego raczej nie spotkamy.

Zbliżamy się już do końca recenzji. "Lekiem na śmierć" jestem zawiedziony. Ta książka była pisana tak, jakby po niej miała być jeszcze jedna część, tłumacząca wszystko i opisująca w jakiś sposób świat poza próbami. Oczekiwałem wiele, dostałem małą tego część, przez co czuję duży niedosyt. Bohaterowie, których zdążyłem polubić, w tej części zachowywali się nieracjonalnie, a ich działania nie prowadziły do niczego. Autor nie poszczycił się językiem, który w barwny sposób opisałby świat po zagładzie biologicznej; zresztą nawet momenty akcji nie były przedstawione tak, aby zaintrygować i wciągnąć. Mimo tak wielu wad, książkę czytało się naprawdę dobrze i lekko, ale nie wniosła ona moim zdaniem dużo do historii. Były momenty wielkiego zaskoczenia, które mogły być wykorzystane, aby pociągnąć fabułę do przodu, ale jeśli brać książkę jako całość, czegoś mi zabrakło. Oceniam na 6 na 10.

~~

Cześć! Jak widzicie, dzisiaj kolejna recenzja (tym razem nieco mniej pochlebna, niestety). Prawdopodobnie już zauważyliście, że w druga część tematu postu to Jakim jestem czytelnikiem. Zabawa polega na tym, aby podzielić się z wami kilkoma faktami z mojego czytelniczego życia. Za zaproszenie do gry dziękuję Patce! A więc... Jakim jestem czytelnikiem?

1. Ten punkt was nie zaskoczy. Uwielbiam kupować książki. (a może kogoś to zaskoczyło? :>). To jest strasznie wciągające! Straszny jest tylko brak gotówki z tym związany. Bardzo często kupuję książki, których potem nie czytam (nadal mam wiele takich w mojej biblioteczce). Ale ważne, że są.

2
. W domu książki czytam tylko leżąc na łóżku na prawym boku, a książkę trzymam jakoś tak, że się opiera o poduszkę XD Nie wygodnie czyta mi się siedząc, albo coś. Znaczy no... wygodnie, ale łóżko jest bardziej zachęcające. Uwielbiam czytać również w autobusach, autokarach, pociągach i tak dalej. Szczególne ze słuchawkami i muzyką filmową.

3. Wspomniałem wyżej, że w środach komunikacji czytam słuchając muzyki. Słucham jej tylko po to, żeby odgrodzić się od rozmów ludzi czy innych denerwujących hałasów. W domu uwielbiam idealną ciszę, żadnego nawet szmeru. Dlatego najlepiej czyta mi się wieczorem lub jak jestem sam w domu.

4. Bardzo często ludzie mówią mi, że przeczytali całą książkę w jedną noc. Też bym tak chciał, ale jakoś nie mogę! Najpóźniej koło 1-2 obraz zaczyna mi się rozmywać a litery podwajać i to jest sygnał dla mnie, że muszę już kończyć. Nie wiem, jak wy dajecie radę nie przespać całej nocy z książką *o* Zazdroszczę xD

5. Bardzo chciałbym czytać książki po angielsku. Większość, jeśli nie wszystkie, jakie czytam są wydawane właśnie w tym języku. Czy zacząłem? Oczywiście. Udało mi się już nawet skończyć "Harry'ego Pottera" po angielsku, jestem też prawie w połowie "Cieni Ziemi", ale jak widzę, ile pracy przede mną, to ręce opadają. Uwielbiam to, że można z kontekstu zdania zrozumieć znaczenie słowa, ale z drugiej strony warto niektórych chociaż się uczyć, żeby poszerzyć słownictwo.

6. Nie lubię ebooków oraz audiobooków. Tych pierwszych, ponieważ nie mam czytnika, a tych drugich chyba nigdy nie polubię... Książki po angielsku jestem jednak zmuszony czytać w formie elektronicznej na tablecie, który nie jest zbyt wygodny i wiadomo, że jego ekran świeci, ale oczy mnie od tego na szczęście nie bolą więc nie narzekam (poza tym nie czytam na nim dłużej niż 2-3 godziny).

7. Nie lubię pożyczać ludziom książek, bo są moje >D Wiadomo, że jak ktoś bardzo chce to mu dam, ale przestrzegam, że jak ją zniszczy, to stanie mu się coś niedobrego.

8. Jestem stałym bywalcem wielu bibliotek we Wrocławiu. Czasem nawet tak o wchodzę, aby tylko zobaczyć, czy ktoś może oddał coś ciekawego, lub może czy biblioteka zakupiła jakąś nową perełkę.

Dobra, to chyba tyle. Jeśli macie jeszcze jakieś pytania co do mojego czytelniczego stylu życia, to bardzo chętnie wam odpowiem. Tymczasem, do zabawy chciałbym zaprosić Kahori, Wiktorię, Hanię P. oraz FC Zuzię!
Udostępnij:

13 stycznia 2013

"Próby ognia" James Dashner

Po wydostaniu się z Labiryntu, Streferzy zostają zaprowadzeni do Dormitoriów, gdzie - pozornie - nic im nie grozi. Niestety, bardzo szybko okazuje się, w jak wielkich kłopotach znów się znaleźli. Zniknięcie Teresy i pojawienie się na jej miejsce Aris, oraz trupy zwisające z sufitu to tylko jedne z wielu wskazówek, że rozpoczęła się kolejna Próba, Próba Ognia.

"Próby Ognia" to drugi tom antyutopijnej trylogii "Więzień Labiryntu" James'a Dashner'a. Amerykański autor, urodzony w stanie Georgia w 1972 roku wydał już wcześniej dość znaną zagranicą serię  The 13th Reality. Jego nowa saga podbija serca fanów literatury fantastycznej, od niedawna również polaków.

Zaraz po przeczytaniu "Więźnia Labiryntu" zabrałem się za drugą część serii. Od samego początku, trylogia wydawała się niesamowita, wpasowała się idealnie w moje gusta. Ciągłe zagadki i tajemnice zachęcały mnie do dalszego poznawania tajemnicy organizacji DRESZCZ. Muszę jednak przyznać, że druga część serii była o wiele bardziej zawiła i niezrozumiała. Tyle pytań, tyle sekretów a tak mało odpowiedzi.

Pan Dashner od pierwszych stron nie pozwala nam się nudził ani łudzić się, że wszystko jest ok. Bo nie jest. Już w pierwszym rozdziale dowiadujemy się mrożącej krew w żyłach prawdy a kolejne strony tylko przybliżają nas do kulminacyjnego momentu, kiedy to postacie przenoszą się do kraju całkowicie pozbawionego życia. Po drodze, autor nie zapomniał, aby podkręcić nieco atmosferę, przygotowując różne pułapki i utrudnienia mające na celu "zmobilizowanie" dzieci do działania. W każdym miejscu czeka na nich coś nieprzyjemnego - w końcu życie nie jest proste.

W książce "Próby ognia" zaskakuje mnie kilka rzeczy. Bardzo interesujące jest to, że lektura jest niesamowicie wielowątkowa. Kilka razy przyłapałem się na tym, że zapomniałem już o jakiejś postaci lub grupce osób i nagle znikąd pojawiali się krzyżując całkowicie plany chłopaków. Bardzo zgrabne i logiczne łączenie faktów i różnych wątków pozwalają stwierdzić, że fabuła jest bardzo dobrze przemyślana i jednocześnie zawiła, co potwierdza fenomen autora i ukazuje, jak dużo pracy włożył w to, aby akcja była nieprzewidywalna.

Muszę przyznać, że bardzo często gubiłem się w faktach. Sam nie wiedziałem, co jest kłamstwem a co prawdą. Właściwie, nie wiedziałem nic więcej, o czym nie powiedziałby Tommy. Uważam to za ogromny atut, było to coś świetnego, gdy wraz z głównym bohaterem oczekiwałem rozwoju zdarzeń, nie mając pojęcia czego się spodziewać. A na koniec, jak zawsze, wszystko zostało z grubsza wyjaśnione. Ale czy na pewno? Tak samo, jak w pierwszej części, druga kończy się zdarzeniem, które zmusza do myślenia, jest całkowicie niezrozumiałe a wyjaśnienie pojawi się w kolejnym tomie. Znany trik autorów, ale bardzo zachęca i sprawia, że o trylogii myśli się naprawdę długo, próbując rozgryźć sekret DRESZCZu.

W "Próbach ognia" pojawia się kilka nowych postaci. Są to między innymi Poparzeńcy - Brenda i Jorge - spotkani przez Streferów w Mieście. Aris, który pojawił się w Dormitorium zamiast Teresy, oraz dziewczyny z Grupy B - tej, która miała unicestwić Streferów. Postacie te są mi obojętne. Nie zdążyłem poznać ich na tyle dobrze, aby móc się wypowiedzieć, czy lubię ich albo czy imponuje mi ich zachowanie. Brenda była osobą bardzo miłą, nieco nachalną w stosunkach do Thomasa, ale generalnie sądzę, że była całkiem miła i przykro zrobiło mi się, gdy została potraktowana w dość nieprzyjemny sposób a jej relacje z bohaterem już nie odbudowały się na nowo. Jorge - jako dawny przywódca - miał charakterek, ale był w gruncie rzeczy dobrym człowiekiem, jeśli można o nim tak powiedzieć. Podobało mi się w nim to, że używał hiszpańskich słów, które tworzyły ciekawe wtrącenia. Aris zaś od początku mi się nie podobał. Wydawał się nijaki, przestraszony, trochę ślamazarny. Potem, gdy nastąpił obrót spraw, Aris był bezdusznym kochankiem - na szczęście aż zbyt dobrze zagrał swoją rolę ale mimo to, jeszcze bardziej odtrącił mnie od siebie.

A propos, zbyt dobrego grania roli, niestety w "Próbach ognia" bardzo rozczarowała mnie Teresa. Jako czytelnik mogę spojrzeć z góry na całą sytuację i ocenić kto ma rację, ale mimowolnie stawałem po stronie Thomasa i personalnie przyjmowałem krzywdy, które mu wyrządziła, mimo, że wiem, iż musiała to zrobić - co często podkreślała. Tak samo jak Tom, ja również nie wybaczę jej tego zbyt szybko ale może zmienię o niej zdanie w kolejnej części...

Reszta bohaterów, naszych starych przyjaciół ze Strefy, nie zmieniła się znacząco. Każdy zachował swój własny charakterek, odzywki... Poza tym, wciąż używali swojego slangu, który wielu osobom wydał się bardzo niezrozumiały. Jedyna różnica jest taka, że na początku książki dowodzenie przejął ktoś inny a pod koniec książki realnego lidera nie było, wszyscy działali jak jedna maszyna i każdy, kto miał coś do powiedzenia, robił to.

Podsumowując, druga część była tak samo dobra, jak tom pierwszy o ile nawet nie lepsza. Ciągłe zwroty akcji, niesamowita fabuła, cały wachlarz różnych charakterów sprawiają, że kolejne strony przewracają się z sekundy na sekundę a czytelnik nie może się oderwać od lektury. Trylogię pana Dashnera polecam wszystkim zainteresowanym fantastyką i antyutopią a drugą część serii oceniam oczywiście na 10 na 10!


Udostępnij:

06 stycznia 2013

"Więzień labiryntu" James Dashner

"Więzień labiryntu" to pierwsza część bardzo znanej trylogii antyutopijnej o tej samej nazwie. Została ona napisana przez James'a Dashner'a, Amerykanina urodzonego w 1972 roku w stanie Georgia, który wcześniej zasłynął już dzięki serii "The 13th Reality", niestety nie przetłumaczonej na język polski. "The Maze Runner" została wydana w Polsce w 2011, jego kontynuacja w 2012 a trzecia część spodziewana jest w 2013. Już w pierwszych miesiącach, seria podbiła serca czytelników fantasy. Teraz, również i moje.

Gdy Thomas budzi się w zamkniętym, ciemnym pomieszczeniu, pamięta tylko swoje imię i przebłyski dawnego świata. Gdy bramy windy otwierają się, rozpoczyna się jego nowe życie, życie w Strefie.  Z początku jest w ogromnym szoku, niczego nie rozumie, ma do zadania milion pytań. Jak się okazuje, od jego przybycia zacznie zmieniać się wszystko. Gdy do Labiryntu dotrze dziewczyna w śpiączce, cały świat zawali się... Rozpocznie się gra o przetrwanie.

Już od kilku miesięcy książki antyutopijne podbijają polski rynek, zyskując coraz więcej fanów. Moja przygoda z tym gatunkiem rozpoczęła się od serii pani Collins, mianowicie trylogii "Igrzyska Śmierci". Od czasu ukończenia tego udanego dzieła, z radością zaczytuję się w podobnych lekturach. Gdy dowiedziałem się o trylogii pana Dashnera, od razu wiedziałem, że muszę ją przeczytać. Gdy trafiła się okazja na wypożyczenie lektury, nie czekałem. I błędu nie popełniłem.

Od pierwszych stron, książka zadziwia światem i bohaterami, którzy zostali przedstawieni. Strefa to dość duży plac, z czterech stron otoczony murami, z czterema bramami, wychodzącymi do labiryntu z czterech stron świata. Mieszkają tam tylko chłopcy, w wieku średnio od trzynastu do siedemnastu lat. Posługują się dość dziwnym językiem, slangiem, który wykształcił się po dwóch latach mieszkania w odosobnieniu od prawdziwego świata. W tym małym świecie dowodzi grupka najstarszych chłopaków; każdy dzieciak ma swoje zadanie i wszystko jest idealnie zaplanowane.

Pomysł naprawdę niesamowity i oryginalny. Labirynt to bardzo ciekawe miejsce, które można opisać w sposób niewiarygodny. Jak wspomniano w książce, jest to dobra przenośnia tego, że ciężką pracą można odnaleźć wyjście. Dlatego też uważam, że Dashner powinien otrzymać ogromny plus już za samo przygotowanie świata przedstawionego, za pomysł na slang i pracę w Strefie jak jedna maszyna.

Dalej, akcja toczy się tak niesamowitym, nieprzewidywalnym i trudnym do zrozumienia torem, że nie można oderwać się od książki. Przybycie jednej dziewczyny decyduje o końcu wszystkiego. I jak się okazuje, jeden świeżuch, będący w Strefie od tygodnia, potrafi zdziałać więcej niż przywódcy, mieszkający tu dwa lata.

Tak szybka akcja, fabuła pędząca do przodu nie pozwalająca zwolnić, jest ogromnym atutem. Poza tym, nieprzewidywalne zwroty akcji, dużo napięcia i emocji, oraz bólu i prawdziwości nadają lekturze mistrzowski status. Przynajmniej według mnie. Wszystko zostało świetnie przemyślane przez autora i zaskakuje on na każdym kroku. Nieraz musiałem po zakończeniu rozdziału zamknąć na chwilę książkę i ochłonąć po tym, czego się dowiedziałem. Coś niesamowitego...

W książce zostali przedstawieniu bardzo interesujący bohaterowie. Ich imiona pochodzą w większości od sławnych naukowców. Alby i Newt, przywódcy Strefy, bardzo pilnują zasad, są ostrzy i nie lubią użerać się ze świeżuchami. Newt okazał się postacią o wiele bardziej przyjazną, wręcz przyjacielską, w stosunku do Thomasa, którym początkowo gardzili właściwie wszyscy - tylko dlatego że był nowy. Newt był wyrozumiały dla Tommy'ego, wspierał go (na swój sposób) ale nie oznaczało to, że dawał mu jakąś taryfę ulgową. Moim zdaniem, on nadawał się na najważniejszą osobę w Strefie bardziej niż Alby, który zwariował po Przemianie i zwyczajnie mnie irytował.

Thomas i Chuck zaprzyjaźnili się już od pierwszych chwil. Chuck był małym i najmłodszym w Strefie dzieciakiem. Przybył równo miesiąc przed Thomasem. Był przyjacielski, wygadany ale czasem irytujący. Mimo to, był to bardzo długo jego jedyny przyjaciel... I bardzo się ze sobą zżyli.

Thomas był osobą nieprzewidywalną. Przed chwilą podkulony ubolewał nad swoim losem, a zaraz walczył zawzięcie z innymi i wybuchał złością. Tom był przede wszystkim odważny i arogancki, nie obchodziły go zasady, szczególnie kiedy komuś działa się krzywda. To on odmienił losy Strefy i Labiryntu, zostając tym samym bohaterem, choć wielu z chłopaków również nim gardziło. Dzielił ludzi na pół - na swoich miłośników i na wrogów.

Sądzę, że książka jest naprawdę warta uwagi. Szybka akcja, prosty język i unikalny slang wymyślony przez samego autora, sprawiają, że naprawdę nie można się oderwać i nim się obejrzycie, będziecie czytali epilog. Ponadto, zakończenie jest tak nieprzewidywalne, że sam w życiu nie pomyślałbym, iż coś takiego mogłoby się wydarzyć. Gdy uwierzyłem już w to... epilog znów odmienił moje patrzenie na nadchodzące wydarzenia. Naprawdę, świetna książka. Tylko tyle mogę powiedzieć. A oceniam na 10 na 10!


Udostępnij: