Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Orson Scott Card. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Orson Scott Card. Pokaż wszystkie posty

10 listopada 2014

"Pożoga" Orson Scott Card

"Gra Endera" to saga znana wszystkim fanom science fiction. Orson Scott Card stworzył rozbudowane uniwersum, w którym przedstawił historię ludzi w obliczu nowego niebezpieczeństwa - wojny z obcą cywilizacją. "Gra Endera" przedstawia wydarzenia z Drugiej Wojny z Formidami. Co jednak zdarzyło się w trakcie pierwszej? Jak wyglądała Ziemia, zanim dowiedzieliśmy się o istnieniu obcych? Card postanowił wreszcie odpowiedzieć na te pytanie, pisząc trylogię, która stanowiłaby prequel dla jego słynnej sagi. "Pożoga" to druga część serii o Pierwszej Wojnie z Formidami. Po tomie pierwszym - który był interesujący, choć nie wybitny - kolejny okazał się być o wiele ciekawszy.

Statek obcych minął Pas Kuipera i nieubłaganie pędzi w stronę Ziemi. Victor, który wiezie dla ludzkości ostrzeżenie o zbliżającej się zagładzie, ledwo żywy dociera do Luny z sześcianem informacji. Jak się jednak okazuje, przebicie się przez ziemską biurokrację może być trudniejsze od dziewięciomiesięcznej podróży kosmicznej. Tymczasem na Ziemi szkolone są jednostki POP'u, których zadaniem jest doprowadzenie i utrzymanie pokoju na świecie. Już wkrótce ich zadanie może się diametralnie zmienić. W "Pożodze" poznajemy także Bingwena, kilkuletniego chłopca mieszkającego w małej prowincji w Chinach. Jest on sprytnym i zaradnym, choć niedocenionym chłopcem. Wkrótce ścieżki wszystkich bohaterów krzyżują się, a ich cel będzie taki sam. Pokonać zagrożenie, które przybyło od gwiazd.

Udostępnij:

07 lipca 2014

"Złodziej Wrót" Orson Scott Card

Danny North jest najpotężniejszym Ojcem Wrót, jaki kiedykolwiek pojawił się na świecie. Jest również nastolatkiem, nieodpornym na pokusy, niedoświadczonym, pozbawionym wiedzy. Uczęszczając do publicznego liceum w małym amerykańskim mieście, stara się uciec od problemów i myśli, że jego życiu grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Niestety, problemy przychodzą do niego same. Przez nieostrożność i głupotę stwarza wrota, których nie jest w stanie kontrolować, uruchamiając tym samym machinę, która może doprowadzić do zagłady Ziemi oraz innych światów.

Orson Scott Card to autor, którego naprawdę podziwiam. Fantastyka to bardzo szeroka gałąź literatury i naprawdę ciężko jest stworzyć coś oryginalnego i nieszablonowego. Po przeczytaniu pierwszej części trylogii - "Zaginionych wrót" - byłem wręcz zachwycony pomysłem pisarza, bardzo polubiłem młodego bohatera i niezwykle długo ubolewałem nad tym, że w planach nawet nie pojawiła się jeszcze publikacja drugiej części serii. Nieco czasu minęło, a ja nareszcie zyskałem okazję, aby sięgnąć po "Złodzieja Wrót". Niestety tym razem na historię spojrzałem nieco inaczej i mimo że druga część była naprawdę wyjątkowa, nie zdołała mnie aż tak zachwycić.

Card ma wyjątkowy dar do kreowania niezwykłych, realistycznych światów. Uniwersum, w którym rozgrywa się akcja serii, nie mogło być gorsze. Tym razem jednak autor zaskakuje jeszcze bardziej, gdyż większa część fabuły ma swoje miejsce na Ziemi, w dzisiejszych czasach, wśród najzwyklejszych ludzi. Bardzo interesującym było przyglądanie się, jak wśród mieszkańców naszego świata koegzystują także magowie, którzy niegdyś byli uważani za bogów. Warto na chwilę tu przystanąć. Całkowicie nie spodziewałem się tego, że Card tak umiejętnie i szczegółowo wpasuje najprzeróżniejsze mity, opowieści, o rzeczywistej historii nie wspominając, do własnych wyobrażeń i kreacji. Swoimi pomysłami i literacką fikcją wytłumaczył fenomeny, z którymi naukowcy i historycy jakkolwiek sobie nie radzą. Wziąć jednocześnie bogów nordyckich i egipskich, połączyć ich z Jezusem i wymyślić świat w taki czy inny sposób podobny do Nieba... Niesmaczny miszmasz wszystkiego? Wręcz przeciwnie. Jestem naprawdę zaskoczony jak wiarygodnie, sensownie i logicznie Card splótł ze sobą nici, które być może nigdy nie powinny zostać złączone. Efekt, mimo że nieprawdziwy, był bardzo zajmujący i wciągający, a niektóre śmiałe pomysły aż wywoływały uśmiech na twarzy.

Autor jednak na tym nie poprzestał. To, że Ziemia, jej historia, kultura i religia są ciekawe, to nie powód, żeby tylko na niej się skupiać, prawda? Czemu nie stworzyć nowego świata, w którym dziać się będzie coś zgoła innego? Westil poznaliśmy już w poprzedniej części. W "Złodzieju Wrót" odegrał jednak niezwykle znaczącą rolę. Jest to świat interesujący, przypominający nieco średniowieczne realia; miejsce obiecane magów, ale także najgorszego zła, jakie istnieje. Jestem pod wielkim wrażeniem, że Card był w stanie opisywać zdarzenia z obu światów i kreować dwie zupełnie różne intrygi, które o dziwo bardzo się ze sobą łączyły i przeplatały, dzięki czemu wciąż stanowiły jedność. Cóż, po prostu muszę to przyznać. Card jest mistrzem, a jego pomysły i sposób ich realizacji jest miażdżąco efektowny.

To, na co jeszcze zwróciłem uwagę to niezwykły sposób narracji. Autor używa jednocześnie narracji trzecio- i pierwszoosobowej. Z początku nieco mi to przeszkadzało, gdyż czasem nie zauważałem, że w pierwszym zdaniu wypowiada się inna osobę niż w drugim, ale gdy się do tego przyzwyczaiłem naprawdę mi się to spodobało, gdyż sprawiało wrażenie, jakby myśli bohaterów przebijały się przez słowa narratora i wprost promieniowały ze stron powieści. Sam zaś język autora jest bardzo luźny, a książkę czyta się niezwykle szybko i przyjemnie.

Póki co drugą część trylogii wychwalam pod niebiosa, a jednak zasygnalizowałem wcześniej pewien problem. Spotkałem się z wieloma opiniami, iż książka w dobitny sposób ukazuje dorastanie młodego człowieka, dojrzewanie młodzieży i perypetie z tym związane. Temu stwierdzeniu zdecydowanie nie zaprzeczę. Nie mogę jednak potwierdzić, iż jest to atut tej książki. Niestety, wręcz przeciwnie. Bardzo często miałem wrażenie, że niektóre sceny są na siłę za bardzo "młodzieżowe" i zastanawiałem się, po co w ogóle znalazły się w tej książce. Ciągłe rozmowy i żarty o seksie stały się wręcz nużące. Raz, dwa razy... rozumiem. Ale niestety, każda rozmowa Danny'ego z jego przyjaciółmi była wyraźnie kierowana na te tory. Zaczynało mnie to potwornie denerwować. Chłopak przychodzi z wieścią o rozpoczęciu niezwykle dramatycznej wojny, a oni rozprawiają o jego rozporku... Bardzo "luźny" i niezobowiązujący żart z umieszczeniem wrót w tamponach i prezerwatywie również niekoniecznie przypadł mi do gustu, zaś moją niechęć przypieczętowało wyznanie jednej z bohaterek, iż jej macica pożąda dziecka Danny'ego. Było to zwyczajnie niesmaczne. Nie wierzę, żeby szesnastolatkowie chodzący do liceum na każdym kroku domagali się seksu i rozmawiali o tym na okrągło, nie wspominając zresztą o ślubach, a wątek ten także się pojawił. Sceny te wydawały mi się sztuczne i wplecione na siłę, co w pewnym stopniu sam autor tłumaczy w posłowiu. Rozumiem jego motywy, ale tym sposobem niestety nie urozmaicił i nie wzbogacił swojej pozycji, a wręcz - jak na mój gust - obniżył jej wartość. Może chciał, aby książka była bliżej młodzieży i ich myślom, tym samym bardziej jej się podobając, ale moim zdaniem tego celu nie osiągnął. Na szczęście, mimo że wątki te są natrętne, nie pojawiają się aż tak często, aby zepsuć przyjemność z czytania tak świetnej fantastyki; nie dają jednak o sobie zapomnieć.

W "Złodzieju Wrót" mamy do czynienia z dużą rozbieżnością bohaterów, która nie spodobała mi się. Z jednej strony mamy naprawdę ciekawe i głębokie postacie, takie jak Klucha, Danny czy Anonoei, a z drugiej kompletnie płaskie i bez wyrazu jak szuszłaki uważające się za przyjaciół głównego bohatera. Skupię się na początku na tych drugich. To oni byli rzecz jasna głównymi uczestnikami porywających dyskusji o rozporkach i mam wrażenie, że do niczego więcej nie zostali przez Carda wykreowani. Każda scena z ich udziałem była irytująca, a ich pytania, riposty i w końcu zachowanie godne pożałowania. To tyle z mojej strony. Gdybym wyciął jednak z fabuły wątki związane z licealistami wszystko nagle stałoby się tak magiczne, jakie być powinno. Danny był niezwykle interesującym bohaterem, a jego wewnętrzne monologi, poszukiwanie prawdy i walka ze złem naprawdę mnie poruszały. Niewątpliwie jednak wisienką na torcie "Złodzieja Wrót" jest Klucha, czyli tytułowy bohater. Postać ta jest niezwykle skomplikowana. Nie sposób byłoby mi tu opisać, na czym ta wyjątkowość polega, dlatego nie będę się tym trudzić. Jest to postać, którą chyba najbardziej polubiłem z całej serii, choć ostatnie zdanie w książce dało mi dużo do myślenia...

O wiele więcej akapitów musiałbym poświęcić, aby ocenić w pełni tak wielowątkową i wyjątkową książkę. Myślę jednak, że przekonałem was, iż po trylogię "Magowie Mitheru" po prostu trzeba sięgnąć. Pomysły na fabułę, cudowne moce, wrota, walka między Rodzinami, ale także samo tło historii, różne światy - obok tego nie można przejść obojętnie. Niestety w książce pojawił się duży mankament, który umniejszył nieco sukces Carda. Osobiście najchętniej wziąłbym linię fabularną i nożyczkami wyciął wszystkie fragmenty, w których pojawiają się ograniczeni przyjaciele Danny'ego. Wtedy wyszłaby powieść idealna. Niestety tak nie można, ale nie każda scena z udziałem szuszłaków była aż taka zła - czasem nawet cień uśmiechu pojawiał się na mej twarzy. W każdym razie - "Złodzieja Wrót" serdecznie wam polecam i nie mogę doczekać się trzeciej części. Oceniam na 8 na 10.

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję:

Udostępnij:

13 czerwca 2014

"Ruiny" Orson Scott Card

W ciągu kilku ostatnich lat miałem okazję przeczytać wiele najprzeróżniejszych pozycji sławnego pisarza fantasy Orsona Scotta Carda. Dzięki wielu cudownym dziełom stał się on jednym z moich ulubionych autorów. Po przeczytaniu pierwszej części trylogii "Tropiciel" byłem wniebowzięty; od dawna nie czytałem książki z tak ciekawie wykreowanym światem i wspaniałą, trzymającą w napięciu intrygą. Nie mogłem czekać - od razu sięgnąłem po tom drugi. Niestety oczekiwałem zbyt wiele; "Ruiny" pod wieloma względami mnie zawiodły.

Po przekroczeniu bariery, Rigg wraz z przyjaciółmi znajduje się w zupełnie pustym świecie. Ślady życia - ścieżki ostatnich mieszkańców - są datowane na tysiące lat wstecz. Co doprowadziło do tragedii, która zniszczyła ludzi z tej części globu? Zbędny tego świata opowiada swoją historię, wspominając o maskch, które w założeniu miały być pomocne i współdziałać z istotami ludzkimi. Niestety, nie byliśmy na nie gotowi. Stos pytań piętrzy się coraz wyżej, a na przyjaciół spada nie lada zadanie. Powstrzymać Przybyszy przed zniszczeniem Arkadii. W każdym scenariuszu z przyszłości ich poprzednicy ponieśli klęskę. Jak będzie zatem tym razem? Nic nie jest już oczywiste, kłamstwa przeplatają się z prawdą, niczego już nie można być pewnym i nikomu nie można już zaufać...

"Tropiciel" niesamowicie poruszył mnie rozbudowaną, wielowątkową fabułą. Niezwykłe tajemnice miały znaleźć swoje rozwinięcie, może i rozwiązanie, w kolejnej części. Gdy sięgałem po "Ruiny" od razu ponownie dałem się porwać wykreowanemu przez Carda światu. Wszystkie wątki, których oczekiwałem, jak najbardziej się pojawiły. Ich realizacja była poprawna, ale czegoś mi zabrakło. Być może ma to związek z tym, że po przekroczeniu Muru, pewna zasłona tajemniczości opadła, odsłaniając w brutalny sposób to, jak sprawy na planecie mają się naprawdę. Ponadto, miałem przez jakiś czas wrażenie, że autor sam nie wie, jakim tropem podążyć. Raz skupia się na historii Arkadii, zaraz potem wraca do wątku z Przybyszami, ponownie wraca do analizy świata i cywilizacji, po drodze opisując kryzys wśród członków grupy. Chwilami zastanawiałem się, co jest głównym wątkiem, a co jedynie dodatkiem dla lepszego poznania świata przedstawionego. Mimo wszystko jednak, autor nadal potrafił mnie zaszokować, a na sekretach z poprzedniego tomu się nie skończyło. Zdawkowe udzielanie odpowiedzi zaś zdecydowanie utrzymywało napięcie.

Choć książkę czytało się dobrze, miałem wrażenie, że Card za bardzo rozwleka niektóre sprawy, a nie skupia się na innych. W miarę czytania powieści nie zauważałem tego, ale patrząc teraz na całokształt, w "Ruinach" właściwie niewiele się zdarzyło. W książce przeważały monologi, domysły, czy próby rozwiązania tajemnic, ale niestety nic konkretnego. Gdy myślę o tej lekturze, przed oczami widzę pustynię opuszczonego świata i mały pojazd powietrzny, w którym poruszają się nasi bohaterowie. Właściwie nic więcej. Miałem nadzieję na dalekie podróże, kolejne niesamowite cywilizacje, a poznaliśmy zaledwie jedną, która świetność miała już dawno za sobą.

Jak wspominałem, mimo tych wszystkich wad, książkę czytało się nieźle. Największą wadą "Ruin" są jednak bohaterowie. W pierwszej części bardzo polubiłem wszystkich, współczułem Umbo, kibicowałem siostrze Rigga, miałem szacunek do Bochna. W drugim tomie to wszystko wręcz się posypało. Każda moja poprzednia relacja uległa zmianie, niestety na gorsze. Zachowanie Rigga mnie rozwścieczało. Wmawiał sobie, że nie rządzi i rządzić nie chce, po czym przejmował dowodzenie nad wszystkimi statkami i dyktował swoje własne polecenia, nie informując o niczym przyjaciół. Hipokryzja. Był nawet w stanie porzucić przyjaciół dla osiągnięcia celu. Skłócił praktycznie całą grupę. Niestety Umbo nie był lepszy. Każda decyzja, nawet dobra, była przez niego kwestionowana. Jego monologi jednak były dla mnie jeszcze gorsze. Skończyło się moje współczucie wobec niego; zastąpiła je raczej złość i zmęczenie. Ile razy można wysłuchiwać, jak Umbo wścieka się na Rigga i na wszystkich innych, jednocześnie sądząc, że sam rządziłby lepiej, ale robić tego nie chce? Param zaś strasznie się izolowała, a gdy pojawiała się w ogóle, to zastanawiałem się, czy nie byłoby lepiej jakby znowu zniknęła... Jej niektóre zachowania były tak nieuzasadnione, że szkoda mówić. Reszta bohaterów jest mi w sumie obojętna. Jednymi z ciekawszych postaci są, moim zdaniem, Zbędni, ale o tym zdecyduje już każdy czytelnik we własnym zakresie.

Co tu się dużo rozwodzić? Książka nie utrzymała wysokiego poziomu swojej poprzedniczki. "Ruiny" to książka dobra i ciekawa, ale ma wiele mankamentów, które oddalają ją od sukcesu. Oprócz wątku z czasem, Ziemią, Przybyszami i Zbędnymi, wszystko jest raczej mętne i bywa, że niezrozumiałe. Przez kilkaset stron nie wydarzyło się zbyt wiele i jak na mój gust - było zbyt dużo męczących monologów. Bohaterowie stali się tragiczni, a ich nieustanne sprzeczki doprowadzały do szału. Generalnie rzecz ujmując jednak, trylogię jak najbardziej polecam. Jeśli ktoś przeczytał "Tropiciela", niech nie waha się sięgnąć po kontynuację. Mimo tak wielu wad, czytało się świetnie, a intryga jest świetnie zawiązana. Oceniam na 6,5 na 10. 
Udostępnij:

14 maja 2014

"Tropiciel" Orson Scott Card

Rigg wraz z ojcem mieszkają samotnie w lesie, a ich jedyną szansą na zarobienie pieniędzy jest sprzedaż futer schwytanych zwierząt. Niestety - wytropienie, a następnie upolowanie dobrej zwierzyny to zadanie graniczące z niemożliwym. Nie dla Rigga... Chłopak ma zdolność nadzwyczajną i niespotykaną - widzi ścieżki wszystkich ludzi i zwierząt, którzy kiedykolwiek szli daną drogą. Jest w stanie określić nawet dokładny czas i kierunek ruchu stworzenia. Pewnego niefortunnego dnia ojciec Rigga ginie przygnieciony przez drzewo. Jego ostatni rozkaz jest jasny - udać się do ich jedynej przyjaciółki, która przykaże mu więcej szczegółów na temat... matki i siostry Rigga, które chłopak odnaleźć musi w oddalonej o tygodnie podróży metropolii. Czy cel okaże się osiągalny? Czy moc Rigga skrywa przed nim samym jakieś tajemnice?

Orson Scott Card to jeden z moich ulubionych pisarzy. Jego powieści od zawsze mnie poruszały, a każdy jego pomysł był, jak na mój gust, trafiony. Po przeczytaniu kilku części znanej na całym świecie serii "Gra Endera", oraz po lekturze "Zaginionych Wrót", z niecierpliwością oczekiwałem okazji, aby zdobyć "Tropiciela". Gdy tylko go wypożyczyłem, wciągnąłem się w wir zdarzeń i nie mogłem się wydostać. Po raz kolejny jestem pod wrażeniem twórczości Carda...

Z opisu książki wydawać by się mogło, że "Tropiciel" to dość prosta historia. Mamy chłopaka z tajemniczą mocą, mamy towarzysza podróży Umba, a do celu dziesiątki kilometrów. Wielu z was mogłoby pomyśleć, że lektura skupia się na samych wojażach bohaterów. Topos podróży to coś, co uwielbiam i cieszę się, że Card postanowił go wykorzystać, gdyż wyszło to niezwykle realnie i interesująco. Niemniej, sama podróż ma niewielkie znaczenie. Historia skupia się na odkryciu tajemnicy, jaką skrywają w sobie moce bohaterów. Poznawanie kolejnych możliwości Rigga i Umbo było niezwykle wciągające. To, czego mogli wspólnie dokonać, było nadzwyczajne i bardzo przyciągnęło moją uwagę. Muszę przyznać ponadto, że czasem sam się w tym gubiłem, ponieważ pomysł był tak dobry i skomplikowany, że ani ja, ani bohaterowie nie do końca wiedzieliśmy, co oni robią. Ważne jednak, że robili to skutecznie, prawda?

To, co jednak najbardziej zaintrygowało mnie w książce, to świat przedstawiony. Stylizowany na średniowiecznie, choć nim nie jest, świat prezentuje się bardzo realistycznie, a poznajemy go lepiej właśnie dzięki podróży młodych kompanów. Sprzedaż futer, oberże i gospody, w których mięso i piwo to główny produkt pożądania nabywców, podróże piechotą, drewniane statki i tratwy na rzece, niskie miasta z drewna i kamienia, zdobione miecze i noże... Wszystkie elementy świata bardzo dobrze wtapiały się w klimat, który Card zamierzał stworzyć, dlatego sądzę, że w tym aspekcie lektura została świetnie dopracowana. Niestety, słowo "świetnie" jest tutaj nieadekwatne, ponieważ "Tropiciel" to coś więcej. Oj, dużo więcej. Zastanawiacie się, dlaczego świat był stylizowany na średniowiecze, ale de facto nim nie jest? Cóż, to co zaproponował autor jest... kosmiczne i zwala z nóg. 

Na początku każdego rozdziału, kursywą, nakreślona jest zgoła odrębna i niepasująca do fabuły książki historia. Narrator opisuje tam podróż oraz rozmowy pilota... statku kosmicznego ze "zbędnym". Mają oni dotrzeć na odległą planetę zakrzywiając czasoprzestrzeń. Nowy, eksperymentalny sposób podróży międzygwiezdnych będzie wypróbowany dopiero po raz pierwszy i nie wiadomo, co przyniesie... Z początku nie mogłem powiązać ze sobą tych dwóch odrębnych historii. W miarę upływu czasu wszystko stawało się jasne, a ja byłem coraz bardziej miażdżony przez niesamowite pomysły autora. Były one tak dobre, że spadały na mnie z hukiem. 

Zaskakująco dobrze autor wykreował również bohaterów. Główną gwiazdą "Tropiciela" jest Rigg. Jego tajemnicza, podobno królewska, rodzina przysparza mu wielu kłopotów. Mimo, że wychował się na łonie natury, intensywna nauka z ojcem sprawia, że w stosownych chwilach potrafi zachowywać się, jak prawdziwy arystokrata. Było to bardzo zabawne; momentami śmiałem się na głos z sytuacji, w których zadziwiająco sprawnie ten trzynastolatek potrafił przekonać dorosłych, że należy mu się bezgraniczny szacunek. Jego rozmowy były dojrzałe, a pomysły fantastyczne. Lubiłem także jego monologi, z których wyciągnąć można było wiele ciekawych konkluzji. Niestety momentami Rigg denerwował mnie swoim podejściem to przyjaciół. Czasem za bardzo wczuwał się w rolę "księcia" i ranił innych. Nie tylko ja to zresztą zauważyłem.

Umbo to jeden z ciekawszych bohaterów, z jakimi miałem ostatnio okazję się spotkać. Jego smutna historia porusza, a niestety jej efekty były widoczne bardzo często, przez całą lekturę. Mimo tak wielkich zdolności, Umbo był niedoceniony i żył niejako w cieniu Rigga. Często było mi go szkoda - nierzadko upokarzany lub lekceważony... Trzymał się jednak i twardo stąpał po ziemi, nigdy nie zawiódł i dlatego jestem dla niego pełen podziwu.

W "Tropicielu" spotkamy jednak dużo więcej bohaterów. Wielu z nich odkrywa kluczową rolę w historii. Bochen to wspaniały przyjaciel, druh i kompan. Ma swój honor, zna swą wartość i ma szacunek dla innych, szczególnie dla Rigga, który jest od niego dużo młodszy. Obywatel, o najwyższym stopniu wojskowym, intrygował mnie od samego początku. Zawiodłem się jednak nieco tym, jak potoczyła się jego kariera. Wreszcie matka i córka Rigga... Dużo o nich wspominać nie będę. Bardzo tajemnicze, skryte, a wątek z nimi został mistrzowsko zawiązany. 

Card ma niesamowity talent pisarski. Mimo, że nie używa wcale młodzieżowego, prostego języka, jego powieści są lekkie i łatwo się je odbiera. W książce wciąż dzieje się coś nieoczekiwanego, akcja szybko brnie do przodu (lub cofa się o kilka dni do tyłu...), a wiele szokujących prawd odkrywamy dopiero na sam koniec. O książce mógłbym napisać dużo więcej, ale unikam wszelkich spoilerów, dlatego musicie uwierzyć mi na słowo, że takich powieści, jak "Tropiciel" nie można nie przeczytać. Polecam gorąco i oceniam, rzecz jasna, na 10 na 10!

~~

Hej. Co u Was? Jak widzicie, książka wspaniała! Nie mogę uwierzyć, że tak długo z nią zwlekałem ;_; Zabrałem się już za "Miasto Kości". Jestem już w połowie. No cóż, książka interesująca, ale nadal nie zdarzyło się nic nadzwyczajnego, a poza tym irytuje mnie główna bohaterka xD Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Przy okazji - przyszły do mnie już wszystkie nagrody na konkurs, dlatego w ten piątek rozpocznie się Urodzinowy Konkurs, o którym tak dużo mówiłem :> Nagrody są kuszące! Do piątku zatem!
Udostępnij:

25 sierpnia 2013

"Ksenocyd" Orson Scott Card

"Ksenocyd" to kontynuacja drugiej części sagi Endera - "Mówcy umarłych". Tym razem, między opowiadanymi historiami nie mijają trzy tysiące lat; otrzymujemy wierne pociągnięcie wątków z poprzedniego tomu. Jednocześnie, jest to lektura dość gruba, więc spodziewałem się naprawdę wielu zdarzeń, wyjaśnień i zagadek. Orson Scott Card znowu pokazał, jak dobrze pisze powieści fantastyczne i nie żałuję, że tak szybko sięgnąłem po trzecią część jego znanej serii.

Ender - Mówca Umarłych - osiedlił się na planecie Lusitania. Ożenił się, choć wciąż nie ma żadnego dziecka. Jego przybranym potomstwem jest kilkoro dzieci z ukrytego związku jego żony i Liba. Gdy dla niego minęło kilkadziesiąt lat, dla ukochanej siostry Endera - Demostenesa - podróż na jego nową planetę zabrała tylko kilka tygodni. W tym czasie pisała propagandowe teksty, aby osłabić władze Kongresu i odwołać Flotę, która wkrótce miała dokonać ksenocydu na dwóch obcych gatunkach.

Jednocześnie, poznajemy historię Drogi. Jest to nowa kolonia na planecie; peryferia Stu Światów. W Drodze społeczność dzieli się na zamożnych bogosłyszących, oraz innych - nierzadko skrajnie biednych i poniżających się na każdym kroku. W takim świecie żyje Wang-mu, która ratunek widzi tylko w pracy jako sekretna druhna wysoko postawionej Qing-jao. Gdy osiąga swój cel, czuje, że jest potrzebna swojej pani bardziej, niż ta mogłaby przypuszczać. Wszystko jednak komplikuje się, gdy dawno skrywane sekrety wychodzą na jaw.

Już kilka razy spotkałem się z książkami, w których akcja rozgrywa się na dwóch oddzielnych płaszczyznach. Jest to bardzo ciekawy zabieg - poznajemy jednocześnie historię skrajnie różnych społeczeństw i mamy szansę na poznanie odmienności kulturowych. Autor postawił na Chińczyków a raczej ludzi, którzy uważają, że ich przodkowie nimi byli. Zachowali religię, a wśród nich są bogosłyszący - ludzie, którzy to słyszą głosy Najwyższych i muszą poniżać się, aby spełnić ich wole. Card bardzo sprytnie połączył oba wątki na sam koniec, ale również w trakcie książki odkrycia jednej strony wpływały na reakcję drugiej i nawet nie znając się, Ender wiedział o Drodze więcej, niż kto inny, zaś wścibska bogosłysząca wiedziała o jego rodzinie więcej, niż powinien wiedzieć ktokolwiek we wszechświecie. A wszystko za sprawą Jane.

Dzięki tej podzielności akcji, Ksenocyd jest niezwykle wielowątkowy. Fascynowało mnie to, z jak wieloma różnymi problemami musieli zmagać się nasi bohaterowie. Na początku wszystko szło powoli i nie tak jak trzeba, na dodatek kłopoty mnożyły się i narastały. Sam kontakt z dwoma gatunkami obcych był szalenie ryzykowny, a descolada, Flota, bunty i prawdopodobna śmierć Jane dolewały tylko oliwy do ognia. Na szczęście, jak zawsze, przyjaciele Endera zdołali dokonać niemożliwego. Tu właśnie ujawnia się pomysłowość i wielka wyobraźnia autora. Tak wiele przeciwności losu, tyle niezamkniętych wątków. Card rozwiązał to w tak nieoczekiwany i fantastyczny sposób, że ciężko w to uwierzyć. Bardzo podobają mi się motywy science-fiction, które Card wykorzystał w swojej książce. Przedstawił nam niemożliwe w ten sposób, jakby mogło zdarzyć się tu i teraz. Za to ogromny plus.

Bohaterowie "Ksenocydu" są bardzo ciekawi i zaskakujący. Mają swój charakter, trzymają się go, są nieustępliwi, walczą o swoje racje ale niestety tym wszystkim potrafią zirytować. W każdym razie mogę przyznać, że wszyscy z Sagi Endera przypadli mi do gustu, oprócz bogosłyszącej Drogi, czyli Qing-jao. Strasznie zdenerwowało mnie to, że jest taką konserwatystką; nie dopuszcza do świadomości tego, że Bogowie mogą nie istnieć, zaś jej zachowanie podyktowane jest zupełnie czymś innym, niż sądzi. Do śmierci trwała w swojej obsesji a najgorsze jest to, że ludzie zaczynali jej wierzyć i czcić ją... Jeszcze a propos bohaterów mogę dodać, że bardzo obawiam się tego, jak na przyszłość Stu Światów wpłynie fakt pojawienia się dwóch dodatkowych istot, które nie na swoje życzenie stworzył Ender. Jedyne co mogę powiedzieć to, że będzie ciekawie...

Zawsze pojawiają się również minusy, na które trzeba zwrócić uwagę. "Ksenocyd" to zdecydowanie dobra książka, ale przez długi czas nie działo się zbyt wiele. Card nie skupiał się wtedy na akcji a raczej na psychologicznym podejściu do małej społeczności na planecie zamieszkanej przez obcych. Było to z jednej strony dobre i intrygujące posunięcie, ale z drugiej strony momentami wszystko toczyło się powolutku bez celu a problemy coraz bardziej narastały. Mimo wszystko, książka dzięki "zwolnieniu" w niektórych chwilach, miała szansę przedstawić nam to, co nierealne, to, czego szukamy w powieściach fantastycznych. Niewyjaśnione prawa natury, rameni (albo varelse), ansible i wiele innych. Poza tym autor przyglądał się bohaterom od strony ich zachowań, emocji... Poznawaliśmy czynniki wpływające na tłum, naszą dzikość i wrogość do obcych, gdy nam zagrażają. A potem siłę religii i zjednoczenia w wyznaniu.

Uważam, że warto sięgnąć po trzecią część Sagi Endera. Jest to ciekawa książka, z dobrze wykreowanymi bohaterami, wielowątkowa, dzięki czemu zaciekawić nas może różnymi problemami, kwestiami społecznymi i naukowymi. Cieszę się, że ją przeczytałem i wręcz nie mogę doczekać się ostatniej części, czyli "Dzieci Umysłu". 9 na 10.
Udostępnij:

13 sierpnia 2013

"Mówca umarłych" Orson Scott Card

Orson Scott Card to pisarz znany wszystkim fanom fantastyki. Jedną z jego najpopularniejszych dzieł jest "Gra Endera". Książka, niezaprzeczalnie, była i jest fenomenem na skalę światową. Opowieść o Andrew była jednak tylko wstępem do niezwykłej sagi, z jaką mam przyjemność się zapoznać. "Mówca umarłych" do drugi tom i pod niektórymi względami nawet lepszy od pierwszego.

Od wojny z robalami minęło 3000 lat. Większość planet, na których warunki sprzyjają życiu, zostały już podbite przez ludzi. Mieszkańcy Ziemi odkryli jednak, że wciąż nie są w kosmosie sami - na jednej z zamieszkałych przez Kolonię planet rozwijają się prosiaczki, inteligentne i chętne do nawiązania kontaktów istoty z własnym językiem i kulturą.Właśnie tam udać się musi Mówca Umarłych. Co odkryje?

Zaraz po przeczytaniu opisu drugiej części zmartwiłem się, że mój ulubiony, główny bohater, umarł tak dawno temu, że słuch o nim zaginął. Pomyślałem wtedy, że bez niego będzie to zupełnie inna saga. Nie musiałem przejmować się tym długo. Książka jest zdecydowanie inna od pierwszej części i można to zauważyć praktycznie na samym początku. Nie ma tam wojen, bitew i innych konfliktów. Nasz przyjaciel jest już dorosłym i doświadczonym przez życie człowiekiem, choć pozostał w nim młodzieńczy zapał i podejrzliwość. Card spojrzał na ten futurystyczny świat od innej - bardziej spokojnej i psychologicznej strony. Na samym początku powieści poznajemy nowych bohaterów mieszkających na Lusitanie. Praktycznie do samego końca będziemy zgłębiać ich problemy, doszukiwać się zatajonych faktów aby wreszcie rozwikłać przyczyny śmierci dwóch badaczy prosiaczków. Zdziwiłem się, że pomysł na fabułę może być tak dobry. To zupełnie inny pomysł niż ten z "Gry Endera". Tutaj rozgrywa się prawdziwy dramat ludzki, a Mówca Umarłych przybywa, żeby go załagodzić i przy okazji poznać tajemnice, które i nam zamieszają w głowach.

Wyjątkowość fabuły i pomysłu są niezaprzeczalne. Czy jednak świat przedstawiony spełnia nasze oczekiwania? Nieraz natknąłem się na to, iż autor fantastyki nieśmiale wprowadza swoje pomysły, przez co świat jest dość zwyczajny, z dodatkowymi tylko gadżetami. Card pisał swoją książkę wiele lat temu, stąd nie znał urządzeń takich jak laptop, czy smartphone, a mimo to w jego świecie mamy niespotykane wynalazki i rozwiązania nauki, takie jak przemieszczanie się z prędkością światła i ansibl (maszyna umożliwiająca natychmiastową komunikację między planetami, zdecydowanie szybszą niż światło). Motywy fantastyczne w książce są zdecydowanie odczuwalne - obce istoty (prosiaczki, robale oraz Jane), wieloletnie podróże kosmiczne (trwające subiektywnie kilka dni), nowo odkryte planety, tak odmienne od naszej, instytucje międzyplanetarne, kosmiczne prawo... Długo by wymieniać. Naprawdę można poczuć się jak w przyszłości, co jest ogromnym plusem.

W "Mówcy Umarłych" nie spotkamy już bohaterów z pierwszej części. Wszyscy przeminęli wraz z czasem. Tylko dwoje z nich znalazło sposób na przeskoczenie trzech tysięcy lat. Ender i jego siostra to - moim zdaniem - najlepsze postacie z "Gry Endera". Dopełniają się idealnie, nie mogą bez siebie żyć i są naprawdę ciekawie opisani, wykreowani. Oboje mają drugie życie - gdy zmieniają się w Demostenesa i Mówcę Umarłych, potrafią dyktować ludźmi, jak tylko zechcą. Są naprawdę wpływowi a jeden wykorzystuje to, co napisze drugi, wspierając publicznie swoje racje. Jest to przede wszystkim rodzina z dość smutną przeszłością, której losy chcemy poznawać tak, jak chcieliśmy to robić wcześniej. Mimo, że są starsi, nadal poruszają nasze serca.

Warto jednak zwrócić uwagę na nowych bohaterów. Są to zwykli ludzie, a każdy z nich jest na swój sposób wyjątkowy. Dawno nie widziałem tak dobrze stworzonych postaci. Ich historie, zawiązane intrygi, tajemnice, które powoli wychodzą na jaw; to sprawia, że mamy kontakt z prawdziwymi ludźmi, a nie wytworem wyobraźni Card'a. Bohaterowie żyją, oddychają, są zdolni do kłamstw w imię idei, zatajanie, ranienie najbliższych i skruchę. Bardzo polubiłem ich wszystkich i chciałbym o nich czytać więcej, więcej, ile się da. Dlatego cieszę się, że trzecia część sagi również będzie opisywać poczynania Endera na planecie Lusitania.

Cieszę się, że autor w drugiej części sagi skupił się bardziej na ludzkich problemach oraz na roli Mówcy Umarłych. Nie brakowało mi wojen i strategii, nie tęskniłem też za starym Enderem. Nowi bohaterowie byli bardzo przekonujący i niezwykle wciągnąłem się w ich świat, problemy i tajemnice. Card świetnie poprowadził akcję nie zdradzając właściwie niczego, aby na koniec zaskoczyć nas co nie miara... Ciężko napisać recenzję tak dobrej i rozbudowanej książki. Jest naprawdę wiele świetnych wątków, o których nawet nie wspomniałem, dlatego sądzę, że każdy zwyczajnie powinien sięgnąć po "Mówcę Umarłych" aby przekonać się samemu że warto. 10 na 10.
Udostępnij:

05 maja 2013

"Gra Endera" Orson Scott Card

"Gra Endera" to pierwszy tom serii, opowiadającej o tytułowym Enderze, który zmienia losy całego świata. Cykl został napisany przez znanego, amerykańskiego autora powieści fantastycznych i science-fiction, Orson'a Scott'a Card'a. Nie jest to moje pierwsze spotkanie z dziełem pisarza, ale uważam je za naprawdę udane.

Życie Endera zmienia się na zawsze. Jeszcze kilka chwil temu żył jak każde inne dziecko, teraz, żegna się z siostrą, bratem i rodzicami, aby na najbliższe lata opuścić Ziemię i szkolić na dowódcę, jakiego potrzebuje świat. Dorośli pokładają w nim nadzieję. Aby rozwinąć jego umiejętności najbardziej jak to możliwe, posuwają się do czynów niemalże karygodnych. Czy złamie to Endera? Jak potoczy się walka z robalami? Czy na Ziemi utrzyma się pokój?

Zanim sięgnąłem bo książkę "Gra Endera", czytałem bardzo dużo pozytywnych opinii na jej i właściwie nie spotkałem się z żadną negatywną, odradzającą recenzją. Zaintrygowany takim fenomenem, wypożyczyłem lekturę, gdy tylko pojawiła się w bibliotece. Muszę przyznać, że zaskoczyła mnie. Nie tylko ciekawa i przemyślana fabuła, ale przede wszystkim intryga zawiązana przez nauczycieli i ujawniająca się z ich krótkich rozmów a także sama postać Endera, która jest naprawdę wielowymiarowa.

W dziele Card'a, fabuła wydaje się być prosta. Młody, inteligenty chłopak przyłącza się do dowództwa sił Ziemi, aby zniszczyć najeźdźców i tym samym stać się bohaterem rozpoznawalnym przez wszystkich ludzi. Mimo prostego celu, jakim jest zabicie robali, droga do jego osiągnięcia jest niezwykle trudna, usiana brutalnymi i niesprawiedliwymi sytuacjami. Bardzo podobało mi się przede wszystkim to, że książka pokazała w jasny sposób, że losy chłopaka były dokładnie zaplanowane i dorośli zwyczajnie nim sterowali. Każdy gest, każda sytuacja a czasem nawet i osoba, stojąca na jego drodze - wszystko znalazło się w ściśle opracowanym scenariuszu, który był powoli wcielany w życie. Ale czy cel uświęca środki? Dodatkowo, główny bohater o wszystkim wiedział. Był świadom, że jego życie jest zaplanowane z góry, że każda sytuacja początkowo miała miejsce na papierze generała, który w gabinecie planował kolejne ruchy. Starał się z tym walczyć ale wiedział, że nie wygra, dlatego się temu poddawał i grał z nauczycielami, choć wiedział, że pozornie jest na straconej pozycji.

W lekturze poruszyło mnie przede wszystkim to, jak bardzo pomiatano Enderem. Stał się marionetką w rękach wojska, którą można było wykorzystać do każdych celów. Momentami przerażało mnie to, że wszystko z góry było przewidziane. Chłopak żył w swoim świecie, świecie marzeń i ambicji. Co najważniejsze, nie marzył o zostaniu sławnych dowódcą czy bohaterem. Śnił przede wszystkim o powrocie do domu i zaznaniu miłości oraz przyjaźni. Pragnął, aby inni widzieli w nim przyjaciela, a nie wroga, ale przez większą część jego dzieciństwa, był izolowany, co również było dobrze zaplanowanym krokiem nauczycieli. Zaskoczyło mnie to, jak wiele skrajnych emocji i zachowań może kryć kilkuletnie dziecko. Mimo, że wiedział o intrydze dorosłych i starał się jej przeciwstawić, wygrywał w ich nieuczciwych grach. Mimo, że był sam a jego marzeniem była miłość i przyjaźń, nie załamywał się i nie zwracał uwagi na samotność; brnął do przodu mimo przeciwności. Kiedy był na skraju wyczerpania czy załamania, nie ukazywał tego na zewnątrz, wciąż myślał trzeźwo i wpadał na pomysły ratujące jego i jego drużynę z opresji. Po prostu był najlepszy. Na sali, gdzie odbywały się walki, był maszyną bez emocji - liczyła się wygrana. Gdy dopiero ją osiągnął, wszystko z niego uchodziło, o czym czytelnik przekonuje się nie raz, nie dwa. Ponadto, w sytuacjach krytycznych był w stanie posunąć się naprawdę daleko, może nawet zbyt daleko. Choć nieświadomie, potrafił wyrządzić najgorszą krzywdę.

Pisząc o "Grze Endera", nie sposób byłoby nie wspomnieć o rodzeństwie Andrew, czyli o Valentine oraz Peter'ze. Oboje wpłynęli znacząco na jego życie. Peter zawsze znęcał się nad swoim bratem i groził wszystkim dookoła śmiercią. Stąd też, bardzo ciekawi mnie jego metamorfoza. Zastanawiam się czy była prawdziwa i czy będąc dorosłym, był dobrym człowiekiem. Osiągnął naprawdę dużo, ale nie zostało wspomniane czy twardą ręką i strachem, czy raczej zaufaniem i nadzieją. Jestem pewien, że brat Andrew wpisał się (a może raczej wrył się) w jego życie, jako morderca. Ender często porównywał się do niego, przekonując siebie, że wciąż nie są tacy sami. Ponadto, cały czas mam przed oczami to pamiętne lustro z zamku na Końcu Świata. Zastanawia mnie, jaka miała być metafora Peter'a i węży.

Valentine to zupełna odwrotność Peter'a. Ciepła, miła, troskliwa i kochająca Andrew mimo wszystko. To ona nadała mu  imię Ender (z angielskiego kończący) i tak właściwie zostało. To Valentine przekonywała go by wziął udział w szkoleniu na dowódcę, wspierała go i pisała do niego tysiące listów, które nigdy nie dochodziły.

Jeśli chodzi o rodzeństwo Endera, jest jedna rzecz, która bardzo mnie intryguje. Mam na myśli sprawę Demostenesa i Locke'a. Nie chcę zdradzać, o co chodziło i zagłębiać się w szczegóły ale historia tych dwóch wirtualnych, z początku, postaci pokazuje, jak łatwo manipulować i przekonać tłum do swoich racji. Gdy tak ważna postać jak Demostenes, ustąpiła i zgodziła się z Locke'iem (według wcześniejszego planu), ten zdobywa władzę, do której dążył i nikt nie zważa już na to, że wielki reformator ma... kilkanaście lat. A propos młodego wieku. Bardzo zdziwiło mnie to, że główni bohaterowie mieli na początku sześć lat, potem osiem, dziesięć a jednocześnie dokonywali wielkich rzeczy i bez problemu dorównywali intelektem dorosłym. Było to dla mnie szokujące, gdyż w wieku sześciu lat dzieci uczą się jak napisać w liniach literkę a, a w wieku jedenastu szlifują mnożenie w zakresie 1000, zaś Valentine na przykład, już zmieniała bieg historii i miała swoich zagorzałych zwolenników, nierzadko wśród bardzo wpływowych ludzi...

Ostatnia rzecz, na którą chciałem zwrócić uwagę, to historia robali. Jest ona nieco dziwna i mało dla mnie zrozumiała, stąd też pewnie taka intrygująca. Ostatnie rozdziały wniosły do historii zupełnie inne, świeże spojrzenie na unicestwione przez Endera inteligentne formy życia. Mówca umarłych wygłosił coś, co nie przyszło do głowy Ziemianom. Wybaczenie ze strony robali i obietnica pokoju. Ale w jaki sposób mogli się komunikować? Przecież nie istnieli. Przecież Ender nie mógł słyszeć ich głosów? A ponadto, gdy przeczytałem o tym, co znalazł na planecie, zabrakło mi tchu i naprawdę się przeraziłem. Nie mogę doczekać się rozwinięcie tego wątku.

Trudno mi było zrecenzować tę książkę, ponieważ jest zupełnie inna niż wszystkie. Czytelnik zwraca większą uwagę na samą postać Endera, niż na fabułę. Z przyjemnością, współczuciem a nawet trwogą śledzi jego dalsze losy w wojsku, jego zmagania się z samym sobą oraz walkę z wrogim otoczeniem. Mimo wszystko, nie możemy powiedzieć, że historia jest prosta. Ma wiele zawiłych wątków i tajemnic, a intrygi są dobrze zaplanowane i przeprowadzone. Ponadto, zakończenie które wbiło mnie w fotel, wręcz nakazuje kontynuowanie serii w poszukiwaniu odpowiedzi. I tak właśnie zrobię. Poza tym, nie mogę doczekać się ekranizacji, która ma pojawić się już niedługo. Oceniam na 10 na 10.  
Udostępnij:

26 stycznia 2013

"Zaginione wrota" Orson Scott Card

Fantastyka to gatunek znajomy wszystkim czytelnikom książek. Jedni lubią go bardziej, inni mniej. Nie da się jednak zaprzeczyć, że czasem wręcz trzeba oderwać się od szarej, smutnej rzeczywistości i dać się porwać w całkowicie inny świat, świat magii. "Zaginione wrota" to pierwszy tom serii "Magowie Mitheru" znanego wszystkim fanom literatury fantasy autora Orsona Scotta Carda. Amerykanin, urodzony w 1951 roku, napisał już ponad 50 powieści, w tym bestsellerową "Grę Endera", sagę "Powrót do domu" oraz "Tropiciela".

Danny North jest drekką. Pokładane w nim nadzieje, na zostanie kimś wielkim legły w gruzach. Chłopak nie potrafi przywołać swojego zewnętrznego ja, nie umie stworzyć klanta, nie ma żadnej kontroli nad zwierzętami czy roślinami. Prawie jak suszłak. Mimo wszystko, chłopak stara się nauczyć jak najwięcej; jest prymusem w szkole, włada perfekcyjnie językiem nieużywanym od ponad tysiąca lat (który wciąż - na wszelki wypadek - jest w programie nauczania magów) i lubi biegać. Biega po osadzie zawsze, gdy ma czas wolny. Opuszcza nawet jej granice, mimo, że wie, iż jest to zakazane pod groźbą śmierci. Zastanawia go tylko jedna rzecz - w jaki sposób udaje mu się ominąć strażników granic? Pewnego dnia odkrywa prawdę i zaczyna się jego walka o przetrwanie.

Już nie raz słyszałem o fenomenie pana Carda. Fantastyka to mój ulubiony gatunek literacki, dlatego też bez wahania sięgnąłem po "Zaginione wrota". Właściwie już od pierwszych stron książka niesamowicie mi się spodobała. Przedstawia dość smutny, brutalny a przez to realny świat magów, którzy są w stanie zabić nawet własne dziecko jeśli jest tym, kim nie może być - czyli magiem wrót. Jak każdy się domyśla, nasz główny bohater staje się Ojcem Wrót czyli najpotężniejszym czarownikiem bram ze wszystkich. Przez co musi uciekać i tak zaczyna się jego podróż przez świat ludzi...

Książka nie jest naiwna. Mam na myśli to, że pokazuje problem tak, jakby zaistniał on naprawdę. Świat ludzi został przedstawiony tam taki, jaki jest naprawdę. Bez ogródek, bez podkoloryzowania. Prostytucja, kradzieże ale również miłość i przyjaźń - aż nasuwają mi się na usta słowa Danny'ego, że ludzie, którzy przed chwilą mogli kogoś zabić, teraz są dla ciebie mili i koleżeńscy. Tak właśnie jest i taki świat poznaje nasz główny bohater. Dzięki temu, możemy "z góry" spojrzeć na nasz świat, świat zdecydowanie niedoskonały i zastanowić się, czy to wszystko to prawda i niestety dojść do wniosku, że tak.

W trakcie podróży po Ameryce, Danny spotyka bardzo wielu różnych ludzi. Już w pierwsze kilka godzin po ucieczce, spotyka ochroniarza, który z wielką chęcią zabrałby go na komisariat. Wstawiają się za nim przechodnie, którzy widzą w chłopaku niezamożnego dzieciaka oczekującego mamusi. Potem poznaje chłopaka, który odmienia jego życie - może nie dosłownie ale jednak. Jest nim Eric, który zabiera głównego bohatera do stolicy USA. Po wielu nieprzyjemnościach, włamaniach i poznawaniu prawdy o swojej magii, dowiaduje się o Sierotach, magach żyjących wśród ludzi i za sprawą jednego z nich (kogo?) trafia do pewnej rodziny. I tu tak naprawdę zaczyna się cała akcja.

Jest to coś świetnego, że pan Card potrafił stworzyć magiczny świat, ukazując w tle problemy ludzi, niedoskonałość świata, biedę i bogactwo żyjące wspólnie i rywalizujące między sobą. Nie zapominajmy jednak, że głównym wątkiem jest poznanie magii wrót. W ciągu całej książki bohater nadużywa swojej magii i pozwala sobie na bardzo wiele, co również podoba mi się, gdyż nierzadko autorzy niejako zapominają o umiejętnościach bohaterów przysparzając im tym samym niepotrzebnych problemów. Wtedy nasuwa mi się pytanie "Czemu nie użyje magii?". Tutaj jednak kaprysy bohatera zostały podkreślone i wszystko to, czego chciał, mógł mieć po prostu otwierając do tego wrota i nigdy o tym nie zapominał.

Cieszę się, że Card poszedł w stronę przedstawienia świata fantastycznego na tle zwyczajnych szarych ludzi, ponieważ nie przepadam za światami elfów, nimf i smoków - zwyczajnie nudzą mnie. Tutaj tego nie było, czysta magia i chłopak zagubiony wśród "zwyczajnych". Ale jednak... W książce opisywane są dwa równoległe światy. Wygląda to w ten sposób, że kilka rozdziałów opisuje jeden świat a kilka następnych drugi. W naszym świecie, cywilizacja rozwinęła się do niebotycznych rozmiarów. W tym drugim zaś, nie zmieniło się nic - zatrzymali się w średniowieczu, w czasach zamków, rycerzy, króli oraz królestw z drewnianymi domkami o chłopami. Był to ciekawy motyw a z ostatniego rozdziału wynika, że autor pracował na tym światem długie lata i uważam, że jego praca nie poszła na marne.

Card używa prostego, przystępnego języka. Bardzo dobrze czyta się jego lekturę, nie ma tam czasu na nudę, ponieważ wciąż nowe to zdarzenia popychają akcję do przodu. Fabułą jest dobrze przemyślana a bohaterowie naprawdę świetnie zarysowani. Cieszę się z tego, że pojawiło się kilka nowych wątków i autor ujawnił istnienie innych magów wrót o czym dowiadujemy się dopiero później. Zmienia to jednak kolej rzeczy i to w sposób diametralny co zachęca do dalszego czytania. Mimo, że książka ma ponad 400 stron, wystarczy ją zacząć aby nie móc się oderwać.

Wspomnieć mogę jeszcze o opisach świata przedstawionego oraz bohaterów. Card nie zanudza nas niepotrzebnymi szczegółami ale nie zapomina o pokazaniu każdego miejsca dzięki czemu łatwo możemy sobie wyobrazić miejsce akcji. Spostrzegłem, że mimo skąpych opisów postaci, znam doskonale cechy wszystkich bohaterów, wypłynęły one po prostu w trakcie zdarzeń co uważam za mistrzostwo i bardzo mi się to spodobało!

Muszę jednak wspomnieć o jednej rzeczy. Danny - jako Ojciec Wrót, najpotężniejszy magik w dziejach - czasem zachowuje się skandalicznie. Wie, że na każdym kroku mogą go zabić dlatego... idzie do szkoły koło osady swojego rodu i... tworzy tam wrota publiczne... Przy okazji kradnie, zostawia wszędzie swoje ślady - już na początku pomyślałem, czy przypadkiem nie złapią go od razu jeśli tak bezmyślnie używa swoich umiejętności. W trakcie czytania lektury nie bardzo mnie to jednak irytowało, wszystko uchodziło mu na sucho co było nieznacznym minusem, mógłby choć raz dostać nauczkę ale cóż, opamiętał się sam na szczęście.

No więc czas już na podsumowania. Książką jestem naprawdę oczarowany. Ukazała niedoskonały świat ludzi i pozornie doskonały magów, ale jednak nie do końca, po zbrodni sprzed tysiąca czterystu lat... Fabuła jest świetnie przemyślana, fakty łączą się w jedną całość i dwa równoległe światy wreszcie łączą się ze sobą, choć nie tak, jak czytelnik by się tego spodziewał... Bohaterowie są świetnie wykreowani a książka nie zanudza przydługimi opisami a jednocześnie przedstawia świat w sposób realny i pozwalający na wyobrażenie sobie miejsc akcji. Jak najbardziej polecam i czekam z niecierpliwością na kolejne części! 10 na 10.


Udostępnij: